wtorek, 23 grudnia 2025

Święta Bożego Narodzenia. Wigilijne dumanie...

 


 

 

- Krzyś! Nie mamy jeszcze choinki! Już piętnastego!
Z kuchni ściga mnie głos żony. Nawet nie jest nachalny. Taki trochę zaniepokojony w tonacji, trochę smutny, może odrobinę natarczywy.
Problem polega na tym, że znam ją już tyle lat, więc wiem, że mimo ciepła w jego barwie, to prawie rozkaz. Można by rzec:
- Dziś już późno, ale jutro natychmiast zajmij się tym zadaniem. Zielone drzewko ma być w domu i tyle. Jakie? Ty już wiesz najlepiej.
Tak. Ja wiem najlepiej. Tylko Ty i tak głośno wyrazisz swe stanowisko, gdy stanie na swym miejscu w mieszkaniu.
- Trochę za szeroka! Trochę za wysoka! Dość gęsta, to dobrze.
- Ostatecznie, może być.
- Ostatecznie?!
- No, cóż; zawsze może być lepsza.😄
Lekko się "przycinam". Żona to czuje i szybko reaguje:
- Dobrze, dobrze; ładna i już!
Historia tej podobna lubi się powtarzać, w grudniu każdego roku.
Mógłbym temu zaradzić, zabierając małżonkę na wspólną wyprawę po świąteczne drzewko, ale chyba byłoby to groźniejsze rozwiązanie dla rodzinnej, przedświątecznej atmosfery😄.
Tym samym jutro jadę po choinkę. Sam - oczywiście!

Faktem jest, że teraz to wszystko takie proste.
Potrzebuję! Jadę! Jest! Kupuję! Jeszcze trochę pogrymasić mogę.
- A co! Wolno mi!
Nie! Nie! Przed świętami trochę częściej się do siebie uśmiechamy.
- A może się mylę?...
Drzewiej inaczej bywało, miast komercji, w trudzie i znoju świąteczny, uroczysty, radosny nastrój się budował, się czynił.
W zadumie zerkam na stary wigilijny czas moich tamtych lat, lat sześćdziesiątych XX wieku.
- Macie ochotę powędrować ze mną?
- Zapraszam. Może i Wy traficie na dawne ślady własnych chwil świątecznych, chwil szczęśliwych...

 


 

Opowieści przedświątecznej część druga.

Jest! Jest choinka!🥰
Z plantacji. Mam nadzieję, że tym razem trafiłem w gust żony, wszak się nałaziłem, utytłałem, umoczyłem, "ustresowałem"...
- Może ta, a może tamta?
- Nie, chyba nie. Ta w lewym rzędzie jeszcze ładniejsza.
- Nie! Ta w trzecim szeregu najładniejsza!
- Chyba wezmę tę w dziewiątym.
Na szczęście plantacja należy do kolegi, więc miał do mnie anielską cierpliwość, ale pomóc w wyborze nie chciał. Doskonale go rozumiem. Też bym nie doradzał.
Snuliśmy opowieści o dawnych wspólnych czasach, przeplatane uwagami o teraźniejszości, o dzieciach i wnukach. Czas nam płynął nieubłaganie, a my wciąż;
- Jeszcze to, jeszcze tamto, a i o owym też dwa zdania.
Jak Wam się wydaje:
- Którą ostatecznie wybrałem?
- Oczywiście pierwszą, na którą zwróciłem uwagę na początku wędrówki, ale wszystkie były śliczne.

Drzewiej tak bywało...
Z początkiem grudnia Mama rozpoczynała wędrówki po sklepach, by zgromadzić odpowiednio ciekawy zestaw świątecznych smakołyków.
- A nie było to takie proste! Dziś czekolady, jutro lub pojutrze pomarańcze ("rzucali" przed Świętami), a to cytryny...
- O zapasie mąki, cukru i masła też trzeba pamiętać!
- A! A! Panią z Siekierna trzeba poprosić, by więcej jajek kurzych przyniosła!
- A może by i ćwiarteczkę cielęciny załatwiła; najlepiej tylną! Byłoby super! Oj! Super!
- Resztę mięsa - schab, polędwicę i wędliny przygotuje pan Spytkowski, znakomity masarz (tak, tak - to dawny zawód pisany przez "rz"😅). Zakład ma na naszym osiedlu. Będzie łatwiej. Wyda wszystko od zaplecza; nie trzeba będzie stać w kolejce.
- Szynkę trzeba jeszcze zamarynować, zdążyć na czas. Potem się ją upiecze, albo obgotuje.
- Schab zdecydowanie upieczemy, a polędwicę? Jeszcze się zastanowię...
- O! Czy jest saletra w domu? Chyba została z ostatniej marynaty. Henio sporo mi jej wtedy załatwił.
- Ach! Śledzie! Musi postarać się o nie Krysia z rybnego. Mają być z środkowej strefy beczki, nie z wierzchu i nie z dna. Koniecznie z środka. Trzeba je wymoczyć przez kilka dni i zalać zalewą octową. Nie mogą się "rozłazić". Muszą trafić smakiem i koegzystencją dokładnie w Wigilię
- Dobrze by było, jakby gdzieś jeszcze znalazł ze cztery główki słodkiej cebuli. Jeśli nie, trzeba będzie dobrze sparzyć zwyczajną przed włożeniem do słoików ze śledziami.
- Och! Pierogi! Grzyby są, ale moja kapusta kiszona jest trochę za słodka; przesadziłam z marchewką.
- Muszę poprosić Filomenkę, by mi podrzuciła swojej; ma pyszną w tym roku.
- Cukierki czekoladowe! Najlepiej mieszankę z "22 Lipca", dawny E. Wedel musi zostawić Marysia, kierowniczka sklepu na Majówce, koleżanka od czasów podstawówki. Część ozdobi choinkę!
- Cytrusy! Najszybciej przywiozą do PSS-u. Muszę przypomnieć się Tadeuszowi. Tylko ile ich wziąć - dwa, trzy kilo?
- Trzy! Zdecydowanie. Jeszcze trochę mandarynek, jeśli będą.
- Muszę je gdzieś dobrze schować, by chłopcy za wcześnie nie "odkryli". Będą pod choinkę.
- A! Z dziesięć cytryn. Mogą się przydać, nie tylko do herbaty.
- Właśnie! Herbata! I kawa, najlepiej "Marago"; koniecznie też do mielenia!
- Nowe świeczki na "jodłę"! Starych trochę zostało, ale będzie zbyt mało, lepiej niech znów zostanie. Sprawdzić stan lichtarzyków do nich. Może trzeba poszukać nowego kompletu.
- Właśnie! Muszę uprzedzić mojego, by nie ważył się przynieść innego drzewka - tylko jodłę! Jodłę i już; zgrabną i najlepiej srebrną. Niech się postara.
- Placki to drobiazg, tylko brytfannę jedną muszę nową kupić, bo ta co jest, przypaliła się przy ostatnim pieczeniu. Muszę ją wywalić! Za pamięci.
- Trzeba sprawdzić, co z bombkami. Czy całe, jeśli nie to zamówić ze dwa opakowania w "Pedecie". Emilka odłoży.
- A i artykuły papiernicze; klej, papier kolorowy, itp.. Będzie przecież lepienie łańcuchów.
- A może zrezygnować w tym roku?
- Nie, niech się młodszy uczy. Święta, to święta i już!
- Chwila! Chwila! Co z karpiem?
- Może by tak Henia poprosić, żeby przywiózł z hodowli...
- Tylko żeby nie było czuć ich mułem! Takie ryzyko jest zawsze. Włożę "dzwonki" do mleka, choć na parę chwil, chwil parę; he, he he
- Sąsiedzi jeszcze na pewno podrzucą szczupaka. Albo dwa! Wystarczy.
- Pocztówki! Już, koniecznie! Piętnaście sztuk! Jak co roku. I znaczki...
- Prezenty! Oczywiście, prezenty...
- Wszystko na mojej głowie! Wrrr. Wszystko! Jak zwykle, niezmiennie.
- Chyba już ostatni raz, raz ostatni; hi, hi, hi
- Pogadałaś sobie, to bierz się do roboty! Czas nagli!
- Ech! Jeszcze telefon do starszego, do wojska...
- Ciekawe, czy dostanie przepustkę, a może urlop?
- Wieczorem muszę iść na pocztę. Wtedy najszybciej łączą.
Zabiorę ze sobą małego, niech się przewietrzy.
- Przy okazji wyślemy pocztówki z życzeniami.
Tylko z opłatkiem nie było problemu.
Przynosił go do domu organista z parafii. Był to jego dodatkowy grosz za pracę w kościele, a dla nas pewność, że będzie na czas. Bywał nawet mały, kolorowy - jasno zielony i różowy - niby dla zwierząt, ale smakował tak samo.
- Wiem, bo "sprawdzałem"!

 

Pod naciskiem i presją Wnucząt, wciąż pytających o symbol zbliżających się Świąt, zaprzeczyłem tradycji. Nie wytrzymałem do wigilijnego poranka.
Babcia poszła do przedszkola po wnuczka.
Prędko wniosłem i ubrałem choinkę. Będzie niespodzianka
Wszystko teraz takie proste. Tyle plantacji drzewek wokół Starachowic (kilkadziesiąt), kilka placów handlowych z nimi i nawet dwa supermarkety je proponują. Dowóz też deklarują.
Moja tak elegancko przycięta, że tylko pyk w stojak, zwolniony zatrzask, lekkie dociągnięcie dźwignią, mała korekta pionu, ponowny docisk i już światełka i błyskotki można wieszać.
Kiedyś znacznie trudniej o świąteczne drzewko było...
 

W okolicy połowy grudnia zaczynały się "prace przygotowawcze", związane ze świątecznym drzewkiem.
Po przeglądzie opakowań z bombkami, oddzieleniu potłuczonych, zapadała ostateczna decyzja ile nowych dokupić.
Potłuczone - zaś - podlegały dalszej degradacji. Zmieniały się w błyszczący pył brokatowy, którym nieco później ozdabialiśmy wysuszone szyszki sosnowe. Tak rodziły się kolejne, prawie naturalne, ozdoby choinkowe.
Powstawały różne łańcuch, które niekoniecznie trafiały tam, gdzie były przeznaczone, gdyż Mama bardzo dbała o to, by nie przesadzać z dekoracjami, bo jak twierdziła:
- Jodełka straci swój naturalny urok. Nie wolno jej tak "przykrywać".
Zbliżała się wigilia. W domu roznosił się zapach pieczonych mięs, gotowanej, marynowanej szynki, na przemian z wonią zalewy octowej i świeżo przyniesionych od masarza, naturalnie wędzonych wędlin.
Ślinka ciekła, że aż strach. Niestety, Pani Domu była nieugięta. Czasem, w drodze wyjątku, niby pytała o opinię na temat smaku i dawała, na próbę, jeden jedyny plasterek. Uśmiechała się przy tym pod nosem, udając, że bardzo liczy na życzliwą ocenę.
Z tą choinką to był coroczny kręciołek. Kręciołek - wyrażenie bardzo wieloznaczne i nie o samo kręcenie tu - oczywiście - chodzi.
Już w drugim tygodniu grudnia Mama zaczynała wiercić dziurę w brzuchu Tacie, że...
- Już czas!
- Dobrze by było gdyby już czekała w drwalce* na swój wielki dzień; dzień wędrówki do mieszkania.
Tata się bronił...
- Jeszcze trochę!
- Nie ma co się spieszyć! Dłużej będzie świeża! Dłużej postoi w pokoju!
Riposta mamy zawsze była ta sama:
- No, tak! Potem weźmiesz pierwszą z brzegu, albo to co najgorsze, to co zostanie! Kawałek niezgrabnego kołka!
Biedny tata starał się nie podgrzewać atmosfery:
- Zobaczysz, wszystko będzie dobrze...
I tak dzień po dniu, aż do fantastycznej chwili, gdy późnym wieczorem Tata pukał do drzwi, lekko je uchylał i półgłosem wołał:
- Chodź synu. Pomożesz mi schować choinkę.
Tylko czekał na reakcję Mamy, która natychmiast ruszała do akcji...
- Idę z wami. Muszę ją obejrzeć.
Ojciec doskonale wiedział, co go czeka i dlatego tak zwlekał z jej dostawą, aż...
... dostanie polecenie od swych przełożonych, by zadysponować samochody A 66, terenowe, z napędem na 6 kół, do nadleśnictwa, po świąteczne drzewka dla biur wszelakich, biur bardzo ważnych w owych czasach, urzędów, domów kultury i - przy okazji jakoby - pewnej grupy "wyróżnionych" miejscowych notabli.
Zima - wtedy - była okresem wzmożonego wyrębu drzew w okolicznych lasach. Dosłownie pod siekierę (siekierę!) i piłę ręczną szły dorodne jodły, sosny, buki i wszelakie inne drzewa (dziś sezon wyrębu trwa - oczywiście - rok cały i siekiera to minimalistyczny dodatek). Najczęściej działo się to w głębi kniei, w starym, zdrowym mateczniku. W okolicach łąk ratajskich, nieco bliżej Wykusu, padały potężne srebrne, kilkudziesięciometrowe jodły, a ich przepiękne, w pełni stożkowe, z młodymi przyrostami "czuby", stawały się tą bardzo pożądaną świąteczną zdobyczą. Trzeba było jeszcze je tylko i aż tylko wywieźć z środka gęstego, nieźle już zasypanego śniegiem, lasu. Na wóz konny, który być może, jakimś cudem, dotarłby do tego przepastnego miejsca, można by włożyć dwie, góra trzy sztuki, a tyle to zbyt mało do samego tylko jednego domu kultury. Wojskowe "Stary" A 66 załatwiały temat bezproblemowo, a jeszcze miały zaliczoną obowiązkową próbę terenową. Tata sam siadał za kierownicę jednego z nich i tym sposobem zdobywał - w nagrodę za poświęcony czas - jedną najśliczniejszą, nieco krótszą, regularną "srebrulkę" dla siebie - drzewko wzniosłe, dumne, o klasycznej urodzie, symbolizujące potęgę, długowieczność, cierpliwość, odrodzenie, czystość, młodość, trwałe uczucie - ba, wierność... (Czy dziś jeszcze ktoś pamięta o tych jej tradycyjnych znaczeniach?) Tylko taka jodełka mogła usatysfakcjonować jego żonę. Mama miała swoje "zasady".
Od tego wieczoru, dzień w dzień zaglądałem do drewutni, by choć przez chwilę, podelektować się wspaniałym zapachem. Oczywiście, nie mogłem się doczekać...
- Kiedy, w końcu, pozwolą wnieść to cudo do mieszkania?!
- No, kiedy?!
Wcześniej Tata przycinał ją jeszcze na odpowiednią wysokość, tak, by zmieściła się do mieszkania i była z czubem** prawie do sufitu.
Oglądał ją uważnie; obracał wokół osi i przy pomocy specjalnego ręcznego, stożkowego wiertła i ostrego noża umieszczał kilka uzupełniających gałązek, z odciętego kawałka, w poziomych lukach korony drzewka. Tak zweryfikowana jodła stanowiła już niepowtarzalne piękno, którego nikt nie miał prawa kwestionować - nawet Mama.
 

O! Otwierają się drzwi!
Pierwszy wchodzi Aleksik. Biegnie do pokoju.
- Babciu, babciu! Chodź tu prędziutko. Patrz! Jest piękna choinka! Zobac piękna! Tylko gwiazdki jescze nie ma!
Cóż Babci pozostało. Musiała pochwalić.
- Dzięki Ci Wnuczku. Zamknąłeś temat urody drzewka swoją radością i miłą mi oceną.
Warto było się postarać.

Do jutra...
 

* pomieszczenie gospodarcze, komórka, drewutnia
** szklana, szpiczasta ozdoba umieszczana na wierzchołku choinki zamiast gwiazdy, bądź figurki anioła


Dzwoni telefon! To Gosia! Nasza Psiapsiółka🥰 od czasów studenckich. Wiele nas łączy, nic nie dzieli - prócz kilometrów😅.
Dziewczyny rozmawiają, ja trochę podsłuchuję.
Gawędzą o potrawach świątecznych.
W pewnej chwili wpada mi w ucho.
- Zrobię płatki z kurczaka w galarecie. Moje dzieci to bardzo lubią.
- Co? - Zaskoczyłem.
- Daj na głośno mówiący.
Konfrontuje przepis, szczególnie część dotyczącą galarety.
Wszystko ok! Muszę działać.
Pasztet też będzie robić!
Poczułem smak w ustach.
Trudno...
- Ja też!
 

 
W tym roku miało być delikatnie. Niestety, już się nakręciłem.
Chyba spokój diabli wzięli.
Jadę na zakupy...
Przed laty...
Zbliżały się święta. Powietrze w mieszkaniu nabierało intensywnych aromatów. Pomieszczenia przepełniał zapach pieczonych placków, mieszanej z namoczonymi grzybami kwaszonej kapusty i osobno z łuskanym grochem, gotującego się kompotu z suszonych owoców, parującego jaśka***, "chudego" czerwonego barszczu, piekących się mięs i... "prasowanego krochmalu"****.
Stolnica i jej okolice zapełniały się gotowymi pierogami i uszkami, czekającymi na swój czas, by znaleźć się we wrzątku.
Krzątaninę Mamy w kuchni było słychać czasem nawet po północy.
W przeddzień Wigilii, późnym wieczorem, Tata oprawiał jodełkę w ciężki, mosiężny stojak. Miał on jeszcze dodatkowe dwie zalety - regulowany rozstaw czteroelementowej stopy i możliwość ustawiania drzewka w idealnym pionie, przy pomocy sześciu śrub, zakończonych ozdobnymi "motylkami", by czynić to bez dodatkowych narzędzi. Stojak ten, na owe czasy, stanowił osiedlową rewelację. Podejrzewam, że był wykonany na naszej, starachowickiej odlewni, a zaprojektowany przez bardzo zdolnego fachowca.
Lubiłem te chwile. Pomagałem ojcu z poczuciem, że Święta tuż, tuż...
 
- Halo! Święta tuż, tuż!😄
🥰
*** odmiana słodkiej fasoli
**** wykrochmalona, uprasowana pościel, obrusy, itp.