- Wody! Wody! Wody!
Krzyczy leśne runo.
Jeszcze ciepła noc by się zdała.
Trochę pokropiło - trzy razy - tak po odrobinie, ale to wszystko niewiele dało. Nawet dzikie wodopoje, które zawsze wodą trąciły, suchutkie stoją. Tylko przy żeremiach trochę cieczy pozostało, bo źródła strumyków jeszcze smużą.
Gdzieniegdzie pojedyncze mleczaje poranną rosą się karmią, do niezadowolonych grzybiarzy wilgotne, lśniące oko puszczają.
Z szacunkiem się po nie schylam.
- Masełkiem was potraktuję. Pyszne będziecie!
Przy dukcie, we mchu, pojedynczy, na wysokim trzonie, piękny borowik urodą się pyszni.
- Ciekawe, czy z lokatorami?
Chyba tylko fotkę uczynię, choć zdrowo wygląda.
Nieco dalej kilka młodych muchomorów rdzawobrązowych się uśmiecha.
Tylko gołąbków wszelkiej maści jakby przybywało...
Słońce wychyla się zza ciemnej chmury.
Pod krzaczkiem olszyny trzech muszkieterów odnajduje, śmiga po ich kapeluszach.
- To koźlarze żółtopomarańczowe!
Dalej ogromny staruszek podgrzyb do resztek trawy się pochyla, o łaskawe potraktowanie prosi.
- Niech sobie rośnie i runo "zapyla".
Jeszcze trzy ceglastopore i...
- Do zobaczenia za parę dni, za dni parę!