W Wigilię od rana czekaliśmy na powrót Taty z pracy. Baczne oko Pani Domu sprawdzało, po raz kolejny, czy wszystko jest w należytym porządku, czy niczego nie brakuje, czy talerze i sztućce należycie błyszczą, czy pierogi nadal dostatecznie miękkie, czy wypieki dobrze się przetrzymały, a wędliny odpowiednią wilgoć utrzymały, śledzie w zalewie nie za twarde, groch z kapustą dobrze związał, barszcz czerwony nie stracił koloru, karp zachował lekko opieczoną, złotawą skórkę, kompot z suszu miło pachnie, jasiek nie za suchy, szczupak... I tak dalej, itp...
- Jeszcze sprawdźmy, czy gdzieś nie ma jakiejś plamki, odrobiny kurzu...
- Rozprasujmy biały obrus, żeby żadnej zmarszczki nie było...
- Przygotujmy odrobinę sianka pod opłatek.
- Dodajmy ze dwie drobniutkie, zielone gałązki jedliny...
- A! Prezenty zapakować i opisać. Przygotować, niech ukryte czekają na swój czas.
- Dodatkowe nakrycie dla niespodziewanego gościa. Koniecznie...
- Najważniejsze!
- Czy dwanaście postnych potraw jest w komplecie!
Ten wigilijny obyczaj, nie zwyczaj, był w naszym "świecie" wielce istotny dla wszystkich domowników i ich gości.
- No, cóż! Nie ma na co czekać! Nakryjemy stół, tylko go lekko przesuniemy w róg pokoju, by swobodnie i szybko wstawić choinkę, gdy mąż wróci z pracy.
Tata - wyjątkowo tego dnia - "stawał na głowie", by być w domu jak najwcześniej. Tym razem już żadne nadliczbówki nie wchodziły w rachubę.
Już z korytarza krzyczał:
- Synu, podaj klucze! Idziemy po choinkę!
Przyznaję, nie szedłem a biegłem z kluczami na schody.
Po chwili drzewko już było w domu, na swoim miejscu.
Tylko jeszcze konsultacja z Mamą, która zadecyduje, która część jodły będzie en face do pokoju, a która znajdzie się w oknie i...
Zaczyna się najciekawsza część; dla mnie najprzyjemniejsza...
- Ubieramy, stroimy świąteczny symbol!
Zaczynamy od przycięcia, po skosie, najwyższego pionowego przyrostu, by nasunąć nań, wspomniany wcześniej, szklany czub, czasem szpicem też zwany.
- O! Drzewko już błyszczy!
Teraz orzechy...
- Ponakłuwać gałązki i powciskać je na szpilki!
- Czas na szklane świecidełka!
Zaczynamy od maleńkich kulek białego koloru, z drobnymi niebieskimi kwiatuszkami, nasączonych chyba fosforem. Jest ich sztuk...
- Aż dwanaście!
- Świecą w nocy, po zgaszeniu światła!
Rozmieszczamy je w miarę regularnie na koronie całego drzewka.
- Bardzo je lubię. Nie wyobrażam sobie świąt bez tych ozdóbek.
/Kilka sztuk zachowałem do dnia dzisiejszego. Znów je umieszczę na honorowym miejscu, choć świecąca powłoka już się trochę starła.
- Nic to!
- Teraz sople - dwa rodzaje...
Potem muchomorki, narciarze, srebrne i czerwone duże kule, wielokolorowe grubaski, z wcięciem gwiaździstym w środkowej części ( niektóre pamiętają czasy niemieckiej okupacji - a ile już lat wtedy miały!) i inne, inne...
- Czas na dwa pudełka nowych!
- Fajne, ale jakieś takie delikatniejsze, choć malunki mają śliczne. "Pachną" zimą!
Czas na cukierki...
- Na kilkunastu brakuje pętelek z nitki. Trzeba dowiązać.
- O! Sporo jest "Bajecznych"; będzie co zrywać!
- "Bajeczne" to jest to!
- Teraz świeczki w małe lichtarzyki- zapinki. Jest ich kilka kolorów. Trzeba tak je rozrzucić po całej koronie drzewka, by dobrze je przemieszać barwami...
Wbrew pozorom nie było to takie proste. Jak by nie kombinować, ostatecznie żółta lądowała przy żółtej; po przekładce nagle różowa "nakładała" się na różową lub zielona na zieloną...
Jeszcze łańcuchy i trochę lamety...
Wchodzi Mama...
- Zdjąć mi te dokładki. Jest tego zbyt dużo! Lepiej powieś szyszki, które pięknie ozdobiłeś potłuczonymi bombkami.
- To twoje i dla nas ważne. Jasne?
Jasne, jasne! Zdjąłem. Powiesiłem. Miała rację. Tylko z tyłu, na dole, trochę łańcucha zostawiłem. Udała, że nie widzi.
- Tylko dlaczego, wychodząc, tak dziwnie się uśmiechała?
- Dlaczego? Ech! Ta Mama!
Jeszcze kilka lukrowanych pierników!
- Naprawdę kilka...
- Parę długich wielobarwnych, niezjadliwych soplowych cukierków...
- Stół na środek pokoju i...
- Możemy czekać na zmierzch...
Obaj z Tatą zakładamy białe koszule; Rodzic garnitur, ja pulower, Mama już w odświętnej sukience.
Pod choinką pojawiły się prezenty!
- Co tam jest dla mnie?!
- No, co?!
Trochę się domyślam, ale jedno pudełko budzi moją wątpliwość.
Nareszcie się ściemnia. Niebo - niestety - tym razem mocno zachmurzone. Pierwsza gwiazdka będzie trochę umowna...
- To nic! Ważne, że Święta nadeszły...
Zapalamy świeczki na choince. Czyni się miło, nastrojowo trochę podniośle...
Opłatek. Życzenia; takie ciepłe, rodzinne, serdeczne. Prawdziwe.
Smakowanie kilku postnych potraw i...
- Nareszcie można sięgnąć po prezenty!
Szybki szus na kolanach pod choinkę. Wybieramy, otwieramy, radośnie oceniamy...
- O! Czekolada, pomarańcze, mandarynki, cukierki i najważniejsze pudełko, pięknie zapakowane...
- Są! Są! Są! Pastelowe kredki w metalowym pięknym etui!
Wymarzone, wyczekane, ponad pół roku myślami "gonione". Dwadzieścia pięć sztuk, a wśród nich srebrna, złota i biała...
- Biała! Wiecie, rozumiecie! Biała!
- I ołówki w małym pudełeczku! Różnej twardości, od 3H, po 2B; piękne, połyskujące, z czarnym zakończeniem i srebrną obwódką. Nie jakieś tam z gumką.
- Pełna profeska!
Tak dziś byśmy rzekli.
- Już bym siadał do szkicowania, ale Wigilia to Wigilia, ma inne prawa, które wszyscy szanujemy.
Jeszcze parę "smaków" i Mama zaczyna pakowanie potraw na wynos, na wielkie i długie wieczorne spotkanie u Dziadków - tych "na górze" - na Majówce.
Zabieramy też nasz opłatek - taka rodzinna tradycja.
Odpalamy kilka zimnych ogni...
Gasimy świeczki na choince; czekamy by przestały dymić - to ważne - musimy czuć się bezpiecznie... Czeka nas długi spacer w zimowy wieczór. Spacer pod górę; przez kawałek lasu w środku miasta lub wzdłuż wąskotorówki, wiodącej bocznicą na górę "szlaki", a dalej, głównym torem - pokręconym torem - wiodącym aż do czeluści Kopalni "Majówka".
Dzielnica, do której zmierzamy też tę ładną nazwę nosi. Obok kolejnych pozostałości drzew iglastych stoi bliźniak moich Dziadków, dom rodzinny mojej mamy...