sobota, 15 czerwca 2019

#Pasternik okiem starego "bywalca"... /z cyklu: "Moja Kamienna".../

Trochę wspomnień...


Zachód słońca nad Pasternikiem /fot. współczesna, własna/

 Sentymentalnie...

 





    Tak sobie patrzę na postępy w zagospodarowywaniu zalewu w Wąchocku i wciąż mi żal:
- Wszak u nas drzewiej też sympatycznie nad zalewem bywało! I to jeszcze jak sympatycznie!



   Nasi pradziadowie, budując zbiornik Pasternik, mieli na uwadze - przede wszystkim - cele racjonalne, użytkowe. Miał służyć jako rezerwuar wody przemysłowej dostarczanej do Zakładów Metalowych i Wielkiego Pieca, z czasem także pitnej dla mieszkańców miasta. Nie bez znaczenia była także jego rola retencyjna, ale zapewne nie była to funkcja pierwszoplanowa.

 Z czasem, acz dość szybko, stał się obiektem służącym również rekreacji, uprawianiu sportów wodnych i wędkarskiemu hobby.
   Uformowano niecki dwóch zbiorników - pierwszy bezpośrednio na korycie rzeki Kamiennej, drugi, oddzielony od poprzedniego dość szeroką groblą, na wąskiej odnodze tejże, sięgającej swymi meandrami aż pod granice ówczesnej osady Wąchock.
Źródło - https://www.flickr.com/photos/michal_kubicki/16482511270/in/album-72157632671059920/

 Na północnej części, gdzie nurt był dość szybki i mocne denne prądy, pobudowano regulowane "stawidła", o dwu oddzielnych komorach upustowych. Tym sposobem można było regulować prawie bardzo dokładnie poziom zbiornika przy pomocy jednego lub obu stawideł.

https://www.flickr.com/photos/michal_kubicki/16212279213/in/album-72157632671059920/

 Obie "zapory" posiadały jeszcze cząstkowe, drobniejsze upusty w celu dokładniejszego sterowania ubytkiem wody z zalewu. Układ był jakoby dwustronny. Przy normalnym naborze wody niesionej korytem rzeki, zapora "pracowała" przelewowo, czyli jej nadmiar przepływał nad górnymi krawędziami suwaków, a wypadku jej nadmiaru, suwaki podnoszono i woda intensywnie uchodziła z zalewu po dolnej krawędzi zapory, między jej dnem i dolną krawędzią suwaków.
  Tak dokładna regulacja poziomu, przy stosunkowo prostych mechanizmach przekładniowych, zapewniała stały, pewny pobór wody przez równie proste urządzenia wodociągowe, jak również utrzymywała stan wody w kanale biegnącym do Wielkiego Pieca i dalej w kierunku Michałowa.

https://www.flickr.com/photos/michal_kubicki/16472894928/in/album-72157632671059920/

 Kanał ten miał swój początek w postaci dość dużego oczka wodnego porośniętego, z czasem kępami białych nenufarów i żółtych grążeli) tuż przed budką dróżnika, przy torach kolejowych. Przebiegał pod nimi, pod drewnianym, solidnym mostem, zlokalizowanym po północnej stronie linii kolejowej ( na wysokości początku dzisiejszej ulicy Wielkopiecowej), dalej za baraczkiem ówczesnego dworca zachodniego... "Dobiegał" do budynków elektrowni, kompleksu Wielkiego Pieca, parowozowni i trochę oddalonego zespołu maszyn tartacznych. Jego rola, na owe czasy, była nie do oszacowania. Starsi mieszkańcy naszego miasta doskonale go - zapewne - pamiętają, ale niewielu wie o tym, że na części południowej też był dodatkowy odpływ wody ze zbiornika, z maleńką zasuwą.  Był on zlokalizowany w prawym rogu niecki, tuż przy grobli. Biegł pod ziemią (pod jezdnią i terenem osiedla Pasternik); aż - systematycznym spadkiem - łączył się z korytem rzeki w odległości ponad trzystu metrów od opisywanego wyżej upustu. To on pomagał oddać nadwyżki wody ze zbiornika południowego. Niestety, był zbyt mały, by wystarczyć podczas gwałtownych jej "przyrostów". Jej napór przerywał wtedy groblę.

https://www.flickr.com/photos/michal_kubicki/16659210811/in/album-72157632671059920/


   Bywały zimy, że zbiornik zamarzał bardzo głęboko. Normalnym zaś jego stanem był lód grubości czterdzieści - sześćdziesiąt centymetrów. To było bardzo ważne, bo zamarznięty zbiornik znów pełnił rolę użytkową. Twarda, mocna zmarzlina stanowiła doskonały skrót, by dostać się do pracy w Fabryce Samochodów Ciężarowych dla mieszkańców południowej dzielnicy miasta. Producenci smacznych lodów cięli taflę, dzieląc ją na regularne kilkudziesięciokilogramowe bloki. Ładowali na platformy zaprzężone w pary silnych, specjalnie na ten moment podkutych koni i przewozili na drugą stronę mostu, do dzielnicy o tej samej nazwie co zbiornik - Pasternik, gdzie układane w wysokie pryzmy, a właściwie piramidy, obsypane piachem i trocinami, przykryte słomianymi matami, czekały do lata, by stać się przyczynkiem do zmrożenia pysznej lodowej masy (lodówek nie było).

Zima 2018

   Zbiornik służył nam również jako znakomite lodowisko - boisko do gry w hokeja, tor do jazdy szybkiej (no, może nie tak szybkiej) na lodzie. Potrafiliśmy na łyżwach, przykręcanych do butów, "objechać" go wokoło, co było niemałym wyczynem. Odśnieżaliśmy duże prostokąty, ustawialiśmy prowizoryczne bramki i dalej - hulaj dusza, piekła nie ma - toczyliśmy mecz za meczem, aż do zmroku. Krzywdowali sobie tylko rodzice, gdyż nie byli w stanie zmusić nas do zejścia ze zmrożonego stawu. W połowie lat sześćdziesiątych nasza szkoła podstawowa "wzbogaciła się" o kilkadziesiąt nowiutkich par łyżew z butami - figurówek i hokejówek. Och! Oczy nam się do nich świeciły! "Wylano" lodowisko na boisku szkolnym i na zajęciach z WF-u mieliśmy frajdę - jazdę na "prawdziwych" łyżwach! Tylko dlaczego tak krótko? Ech!
   Przed feriami zimowymi, ktoś z nauczycieli "wpadł" na genialny pomysł:
- Wypożyczyć dzieciom łyżwy na czas przerwy w nauce!
To dopiero była radocha! Całe ferie na stawie z takim super sprzętem na nogach! Od rana do wieczora! Problemem był tylko obiad - wrrr...
   Zalew żył swoim intensywnym zimowym życiem.

https://www.flickr.com/photos/michal_kubicki/10376217436/in/album-72157632671059920/
   Jak sięgam pamięcią, dwukrotnie nad naszym zbiornikiem gościli żołnierze - saperzy.
Pierwszy raz przybyli zimą - przed wiosennymi roztopami. W prawdziwie mroźne dni zamarzła nawet pierwsza część zbiornika, od strony torów kolejowych, z korytem rzeki na dnie. Na przedwiośniu, spiętrzająca się gruba kra, ponownie zamarzająca nocą, zagrażała "stawidłom", progowi wodnemu, zwanemu potocznie upustem. Groziła ich zerwaniem i uszkodzeniem konstrukcji mostu.
   Na ratunek przybyli chłopcy w mundurach. Kilka dni kruszyli lód ładunkami wybuchowymi, trotylem. Lód nie ustępował. Nie mogli już wchodzić na jego płytę, a kra wciąż była bardzo groźna. Wtedy nad zamarznięty akwen nadleciały śmigłowce! Zmarzlinę kruszono przez dwa dni ładunkami zrzucanymi z ich pokładu. Ależ mieliśmy przeżycia. O zmroku mogliśmy też "dotykać" prawdziwe latające maszyny! To było to! Żołnierze byli tolerancyjni i wyrozumiali, choć mróz mocno dokuczał wartownikom. Wiązały się chwilowe serdeczne więzi - kobiety donosiły im ciepłe domowe potrawy, picie w termosach, karmiły czym mogły, niejedna i pocałowała, i pogłaskała, przytuliła, odzież wysuszyła, a żołnierze, w zamian, tolerowali nasze drobne wybryki, pilnowali, by nie stało nam się nic złego, obdzielali nas wojskowymi konserwami i kostkami kawy zbożowej z cukrem, których nagle mieli zbyt dużo. Ech! Jaki super był smak tej wojskowej mielonki! Ech! Czuję go do dziś na starych, wszak, już wargach!
Nie spróbowałem tylko wędzonej słoniny; nie "trafiła" mi się; he, he!

fot. https://www.flickr.com/photos/michal_kubicki/10588896015/in/album-72157632671059920/
Most się ostał. Zapora też, ale ruszyła straszna woda. Znacznie gorsza od tej na zdjęciu z "przedwojnia" lub tuż-powojnia.

/fotografia z rodzinnych zbiorów/
 Zalała dzielnicę Pasternik. Rwącym nurtem, rozlewającym się poza ramy koryta i wysokie nasypy, płynęły ogromne konary drzew, wielkie kępy trzcin i tataraku, deski, uschłe trawy i wszystko co tylko tej dużej wodzie udało się "ukraść po drodze". Zdarzało się, że na kępach siedziały dzikie kaczki, gęsi, łabędzie, a nawet zające i - o dziwo - sarny. Widok był makabryczny - bałwany kłębiącej się, brudnej wody i te wystraszone ptaki i zwierzęta! Tak wystraszone, że bały się opuścić namiastkę "deski ratunkowej", jakim stały się płynące chaszcze. Wszyscy trwali w pogotowiu. Pełniono całodobowe dyżury. Wraz ze strażakami i saperami, zasypywano worki piachem i układano z nich dodatkowe wały. Wszystko to było zbyt mało i mało. Woda wciąż podnosiła swój stan. Trwało to kilka dni, groźnych dni...

Podtopione domy na Pasterniku /fot. własna/

  Takich powodzi było kilka, choć już nie tak "szalonych". Woda już nigdy nie przelała się przez wysokie brzegi przyrzecza, acz czasem mało brakowało.
   Powodzie te miały jedną maleńką pozytywną cechę - częściowo oczyszczały brzegi zalewu z nadmiaru roślinności.

   Raz w roku, spore gromady chłopców i mężczyzn brodziły po płytszych obrzeżach zalewu, wyszarpując kępy tataraków. Myli je, obcinali z większych korzeni i zabierali ze sobą. Był to sygnał, że zbliżają się Zielone Świątki. Tatarak trafiał do mieszkań; nabierał rangi symbolu.

https://www.flickr.com/photos/michal_kubicki/16209393084/in/album-72157632671059920/

   Staw - bo tak go nazywaliśmy - zawsze był ostoją wszelakiej ichtiofauny - ryb prze-najróżniejszych / płoci, krasnopiórki, szczupaka, okonia, karpia, leszcza, dużego karasia polskiego, lina złotego, węgorza/, raka szlachetnego, drobnych skorupiaków i małży słodkowodnej. Trafiały się ogromne okazy. Największy szczupak, złowiony przez P. Stanisława L. "mierzył" sobie ponad 140 centymetrów. Mało - prawda?! Zarybiano go każdego roku, rybą spokojnego żeru i drapieżnikami; z sensem i rozwagą. Był to nasz starachowicki raj wędkarski. Zazdrościli nam go koledzy wędkarze z wszystkich okolicznych miejscowości. W tych czasach nie "chodziliśmy" na ryby, tylko na ich określony gatunek, np. na węgorza lub karpia, czy lina. Prawie zawsze z powodzeniem. Dorośli wędkarze otaczali opieką młodsze pokolenie. Uczyli szacunku do natury bezpośrednio nad wodą. Ot, co!
Zasiadki czyniliśmy i w dzień, i w nocy. Ze szczególnym sentymentem wspominam te nocne, często przy ognisku, z kiełbaską z patyka i nadzieją na wielką, ba, ogromną rybę! Nie było świetlików, dzwonków i tym podobnych wymysłów (które, swoją drogą, bardzo lubię), wystarczył, jako sygnalizator brań, kawałek białego papieru lub - szczyt marzeń - piłeczka "od pin ponga", a czasem dodatkowo, osłonięta od wiatru, świeczka "w słoiku" i już było super!
   Niestety, któregoś roku, miast "polskich" gatunków, sprowadzono ze wschodu amura. Miał "wycinać" nadmiar tataraku. Miał... Zachwiało to naturalny stan miejscowej ichtiofauny. Potem już z roku na rok było coraz gorzej. Inna sprawa, że zaniedbano, a właściwie zarzucono także, coroczne odmulanie zbiornika. Staw zamulał się, wypłycał i zarastał, zarastał, zarastał....


https://www.flickr.com/photos/michal_kubicki/8437953976/in/album-72157632671059920/

Oto stan obecny...
/fot. własna/ Lato 2018

Nadchodził czas najkrótszej nocy.

Rut oka na przystań
https://www.flickr.com/photos/michal_kubicki/17425633411/in/album-72157632671059920/
   Zalew "zapełniał się" już dużo wcześniej białymi żaglami omeg, kolorowymi kajakami, a nawet małymi dwuosobowymi łódeczkami. Wszyscy wodniacy ćwiczyli przed wieczorną, wodną paradą czynioną każdego roku tuż przed nocą świętojańską.


 Na środku południowej części zalewu budowano duży stos drewniany, by o zmroku zapalić wielkie ognisko. Gromadzono pochodnie. Panie z dziewczętami szykowały wianki z kwiatów i nenufarów, z "siodełkiem" na świeczkę, które puszczały późnym wieczorem na wodę. Widok był uroczy. Paradę kończyła zabawa "ludowa na deskach" obok budyneczku przystani, czyniona w rytm utworów granych przez orkiestrę zakładową. Dorośli bawili się do późnej nocy.

https://www.flickr.com/photos/michal_kubicki/16209433914/in/album-72157632671059920/
https://www.flickr.com/photos/michal_kubicki/17132099317/in/album-72157632671059920/

W upalne, letnie dni nad brzegami zalewu gromadzili się "plażowicze". Korzystano także z uroków kąpieli.


   Niestety, dość często zdarzały się przypadki utonięć. Zbiornik nie należał do bezpiecznych. Nierówne dno, zmienna jego głębokość, prądy o zróżnicowanej temperaturze wody, resztki rusztowań z szynami ukryte w toni (pozostałość po torach, służących do transportu mułu i piachu podczas oczyszczania zbiornika, przy pomocy wagoników "kopalnianych") zbierały swoje nieszczęśliwe "żniwo".


   Z biegiem lat zbiornik się starzał, zamulał, zarastał, tracił swój urok i czar. Co jakiś czas podejmowano nieudolne próby przywrócenia mu, choć odrobiny, dawnej świetności. Niestety były to próby czasem nawet w skutkach szkodliwe. Oddalały się w "przestrzeni państwowej" jednostki administracyjne władne co do jego dalszej przyszłości. Im dalej były zlokalizowane od naszego grodu, tym bardziej stawały się obojętne i niezainteresowane udzieleniem stosownej pomocy. Powstawały dokumentacje, koncepcje, projekty i.... Dezaktualizowały się i... Mamy, co mamy...
   Ale...
W tym czasie powstało kilka nowych obiektów wodnych na terenie naszego województwa:
- w Staszowie,
- w Wilkowie,
- w Wąchocku,
- w Kazimierzy Wielkiej i jeszcze parę.
Mniej lub bardziej udolnie, kilka zrewitalizowano - modne dziś słowo (choćby u sąsiadów, za miedzą - Rejów w Skarżysku Kamiennej, zalew w Suchedniowie). Nawet Szydłowiec "odbudował" swój staw zabytkowy!
   Tylko nasz Pasternik wciąż czeka. Wciąż czeka na lepsze czasy. Jakie to muszą być czasy?
Przecież wciąż pełni swą rolę retencyjną!
Dlaczego nie można mu nadać tej drugiej cechy?! Funkcji rekreacyjnej - urody dla oczu!                
Przecież słońce wciąż pięknie nad nim zachodzi!

Aktualizacja! Już i Pasternik swój blask odzyskuje!




Tylko łabędzi przybyło...


Odstępstwa od norm językowych zamierzone, celowe.








czwartek, 18 kwietnia 2019

Ech, te stare #fotografie! Mają swój czar i urok (cz.IV). Czy ktoś jeszcze pamięta?

Czy ktoś jeszcze pamięta?
Z okazji zbliżających się Świąt Wielkiej Nocy chciałem przypomnieć tym "młodszym" Przyjaciołom, a tym tylko Młodym zaprezentować, Grób Chrystusa z początku lat sześćdziesiątych XX w., utrwalony na fotografii zachowanej w mych rodzinnych zbiorach. Symboliczna grota grobowa "budowana" była w prezbiterium drewnianego (pięknego, spalonego) kościoła parafii p.w. Wszystkich Świętych w Starachowicach, na tle tabernakulum, za którym umieszczano makietę Golgoty. Całość "konstrukcji" otoczona była drzewkami świeżych jodeł (tak, tak, drzewkami świeżych jodeł), palmami, paprotkami i kwiatami w doniczkach, które wierni dostarczali ze swych domów na czas Triduum Paschalnego. Pamiętacie ten czas, Wy! "Młodsi"?
Wszak w całym kraju, przecież, działo się podobnie! Ech! Ten duch Wielkich Świąt, świąt z zapachem wiosny, świąt z "duszą"...

 
Świąt pisanek, kraszanek, wyklejanek, malowanek, byczków, nalepianek, ażurków - radosnych symbolów życia "odrodzonego"... 
Świąt - symbolu Zmartwychwstania...

Świąt życzeń radosnych, niegdyś w pocztówkach zawartych i... znajomym i przyjaciołom słanych, częstokroć własnoręcznie ślicznością talentu nadawcy czynionych...

                                                                ...drodzy Przyjaciele :)




piątek, 5 kwietnia 2019

#Bieszczady; #jesień w moich górach



Połowa października. Temperatura otoczenia, w cieniu, 21 stopni Celsjusza - w cieniu - w plusie! Nie! Nie czaruję! Chwilami nawet więcej. Bezwietrznie. Słońce niczym wiosenne. Ot, taka anomalia. Podarek od Matki Natury:

- Macie - mówi.
- Nacieszcie się. Zapamiętajcie. Za chwilę zostaną wam już tylko zimowe chłody; nic więcej.

No, cóż! Dobre i to. Wszak miła, przecie, ta niespodzianka.

Po wielokroć Odwiedzam Bieszczady, o różnych porach roku. Lubię je, to mało powiedziane. Działają na mnie, jak dobry eliksir, jak lek na wszelkie troski i zmęczenie.Bywałem też jesienią, ale nigdy nie trafiłem tak w dziesiątkę, jak tym razem. I jeszcze ta pogoda. Wzgórze, tulące Polańczyk od wiatru, powitało nas takim widokiem. Dech zaparło. Stać i podziwiać. Podziwiać, zachwycać się i rozkoszować. Ot, co! 
Wszelkie barwy złota i brązu plecione - jeszcze - zielenią!

...I gdzieś w oddali błękitne oczko zalewu. Solina tuz, tuż! Moja Solina! Lekką mgłą osnuta, niczym delikatną pajęczyną, bo pora już ku temu odpowiednia. Jesienny, wczesny wieczór się zbliża, choć niebo jeszcze jasne i bezchmurne.


 Czas odnaleźć kwaterę. Obejdzie się bez GPS-u. Niech nos "trapera" nawiguje. Ha!
 Miałem rację. Trafiony, zatopiony, a właściwie zakwaterowany, za pierwszym podejściem. Ha!
"Apertamencik" niezły, ale ważniejsze, że tuż nad zalewem. Hura!
"tobołki" do pokojów i szybko nad wodę!
Jest! Jest! Piękny widok; cisza, spokój...
...I puściutko, bezludnie, cały brzeg mój! Czy można chcieć czegoś więcej?!

W tym spokoju myśli znów krążą wokół dawnych czasów, gdy dolina Sanu tętniła pełnią życia, gdzie różne Nacje zrzucone tu przez wiatry i burze dziejów, egzystowały tu wspólnie tworząc swoisty folklor tej ziemi, uroczej ziemi.
   W oddali, na horyzoncie majaczy samotny biały żagiel. Biała plamka, na tle niebieskiej spokojnej toni, przyciąga wzrok i wzbudza zdrowe zainteresowanie. To ludzie z pasją korzystają z dobrej pogody i wciąż sycą zmysły pięknem bieszczadzkiej jesieni, solińskiej jesieni...


...gdzie brąz ze złotem i ciemną zielenią, ba, z rudawym fioletem się przeplata; żółtym odcieniem palety barw i strzelistą bielą golizny nielicznych brzóz porę roku podkreśla.

Piaszczysty brzeg wyspy niski stan wody zaznacza, o suchym lecie przypomina.

Na brzegu radosny, wczesny impresjonizm dominuje. Wystarczy przymknąć oczy i już wyobraźnia obrazy olejem natury malowane tworzy...

Żagiel się zbliża. Powoli, powolutku, powoluśku... Być może do wieczora zdąży...

O! To samotny "jeździec"! Zatopił się w tym spokoju i kolorach, zastygł w czynnościach sternika. Radość w wolnej, barwnej przestrzeni odnalazł. Kontemplacją chwilę uroczą nagrodził. Ciszę złocistą uszanował.

Błysnął raz jeszcze promień jesiennego słońca. Horyzont swą mocą osmalił, drzew korony doświetlił, złotem i rudzielcem polakierował. Lusterko na taflę wody nałożył.

Płyń żeglarzu, podziwiaj świat pięknej Soliny; niech Cię Szajka szczęśliwie do celu podróży "doniesie".
   Czas i mnie do wrót kwatery się udać. Chwilę podumać w zaciszu pokoju. W ośrodku cisza, tylko dwa samochody, w tym jeden administratora obiektu - ha. Przepraszam trzy, bo mój muszę doliczyć. Mało kto ufał prognozie, a tu takie urocze ciepło, niczym lato "pełną gębą".
Zmrok zapada. Siedzę sobie przed kwaterą, przy stoliku, herbatkę z cytrynką sączę i zmierzch nad taflą wody podziwiam. Rosnące cienie drzew groźne figury, na tle ledwie widocznego nieba, kreślą. Fantazyjnym obrazom sprzyjają. W lekkiej mgle chłodzącego się powietrza...
   Mieszkańcy Doliny Solinki i Sanu na wieczorne spotkanie się schodzą.
   Stary dziad wioskowy siadł pod ścianą kurnej chaty i gromadę obserwuje. Przechodzących o zdrowie pyta i szczęścia życzy. Młodsi do dużej chyży ze stromym dachem strzechą pokrytym zmierzają. Wiejską potańcówkę czynić będą, jak na potomków Bojków przystało. Okna otwierają, na grajków czekają. Dotarli już i skrzypek i harmonista. Grać będą. Ton podali i popłynęła między wzgórza, gęstym lasem pokryte, melodia tkliwa, na miłosną nutę. Pary się tworzą, tańczyć poczynają. Stopami kurz z klepiska podnoszą, ku powale oddechy kierują. Karczmarz ręce zaciera, samogonu poda, a i lymoniady, piwa nie pożałuje...
   Gdzieś w oddali, z drugiej strony Sanu, krzyk się niesie, to w przysiółku młoda żona dziecko rodzi. Wiejska babka jej pomaga.
- Krzyc dziecino, krzyc se, krzyc, lży ci bedzie, lży - powtarza.
Gar z gorącą wodą paruje. Przyda się, oj, przyda.
Dziad wioskowy drzemkę złapał. Broda mu na klatkę piersiową opadła. Oddech chrapliwy wargi mu wydyma.
- Śpij dziadu śpij. Niech ci się szczęśliwa Solina przyśni! Wieś szczęśliwa, wieś radosna!
A może tam, pod lustrem wody, czas się zatrzymał? Kto wie...
Dość tej zadumy! Czas i mnie na spoczynek się udać.

   Dzień drugi. Też pogodny. Też radosny.
   Płasza, moja Płasza! Kiedyś, przed laty, gdy rodziła się moja miłość do Bieszczadów, była prawie dzika. Kilka niezbyt przetartych ścieżek, cisza, spokój i kijek nad brzegiem wody, bardzo głębokiej wody, zamoczyć można było. Tylko od strony zapory wejścia też już nie było. Dziś słusznie z resztą wędkować w pobliżu zapory nie wolno, a Płasza jakaś trochę komercyjna, mimo wszystko się stała. Ruda dziś niesamowicie! Szczególnie od strony "pasażu". Oj! Pięknie ruda! Ku  Zatoce Drewnianej jakby zielenieje, różnymi odcieniami barw kusi. Piękny dzień urodę jej podkreśla. Lubię cię, mimo wszystko, ma "komerciuszko"! Lubię!


  
Jeszcze rzut oka z zapory na zalew.
   O! Nagromadziło się jeszcze sporo białych żagli! Suną spokojniusio po tafli czystej i prawie gładkiej. Gdzieś tam odrobinę bryzy odnajdują, dla siebie tylko znanym szlakiem wiedzione.
Ładny to widok, choć trochę zaskakujący o tej porze roku.

   Od Jaworu, po Fiord Nelsona, ku Wyspie Okresowej swe ślady wodne kreślą. Ostatnie promienie pięknej bieszczadzkiej jesieni swą urodą kraszą. Smutny byłby Zalew Soliński bez ich obecności.

Jeszcze rzut oka na stronę odpowietrzną zapory. Też kolorowo i pięknie. Czyż nie?


  San spokojny, San z "przybrzeżem" w barwach rudych i z niebem w wodzie utopionym. San uroczy, wolny, niegroźny tym razem, jakby zapraszał:
- Idź wraz z mym biegiem, obiecuję, odpoczniesz i oczy nacieszysz.
Czemu nie! Znam cię dobrze rzeko, ale i tak skorzystam z twego zaproszenia.

Molo Bóbrka do chwili odpoczynku zaprasza. Krajobraz podziwiać karze.

Berdo ciemne, prawie granatowe...

Rudy Żukowiec na horyzoncie swym wyglądem imponuje...





Koziniec uśmiech słoneczny posyła, na ścieżkę terenową zaprasza...


Topią się w wodnym lustrze bieszczadzkie góry Jezioro Myczkowskie otaczające...



Widok z tamy na początek bagnistego przełomu Sanu urodą swą kusi, barwy zmienia wraz z ruchem jesiennego słońca, wciąż nowy nastrój tworzy, z minuty na minutę bardziej tajemniczy...



   W promieniach zachodzącego słońca szczególnego uroku nabierają ruiny dawnego spichlerza dworskiego i charakterystyczna budowla Kościoła pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej - dawnej cerkiew greckokatolicka - Cerkiew św. Jerzego. W jej historię warto się "zagłębić", warto...



Podumałem sobie nad losem byłych mieszkańców Myczkowców, podumałem. Pomógł mi w tym starszy pan, bardzo miły, rozmowny, powojenny osiedleniec. Zagadaliśmy się - do zmroku, ale to już temat na osobną opowieść.

   Ostra czerwień wśród drzew i krzewów bieszczadzkich to rzadki przypadek, ale czemu nie, zdarzyć też się może i paletę barw o brakujący kolor uzupełnić.

Poranek dnia trzeciego. Świt właściwie. Warto było tak wcześnie się zerwać - warto! Powitał mnie piękny widok. Mgła dość wcześnie się podniosła i urok zakamarków zalewu odsłoniła. Tylko gdzieś w kierunku Jaworu piękne swe obłoki nisko nad lasem trzyma. Cisza, bezwietrznie. Liznęły ją pierwsze promienie słońca. Złotawy kolor nadały. Oświetliły w końcu lustro zalewu. Błysnęło wszystko urokliwie. Piękny, październikowy dzień obudził się nad Soliną.








   Ruszamy na naszą pętlę bieszczadzką. Taką trochę różną od standardowej. Mamy swoje wspomnienia i chcemy "pobiec" ich śladami. Rzut oka na odległą gór panoramę i...








...toczymy się wzdłuż biegu Solinki i przynależnych jej strumieni. Co chwilę piękne obrazy atakują nasze receptory. Szkoda, że tak mało mamy czasu, a tyle jeszcze miejsc do odwiedzenia. Tu jeszcze wciąż cicho i spokojnie, prawie sami jesteśmy, jak przed wielu, wielu laty. Tylko miejscowi, parę razy wymieniają z nami pozdrowienia, tak zwyczajnie, po ludzku.
















Im bliżej Wetliny, tym więcej ludzi. Parkingi pełne samochodów. Na szlaku tłok, niczym w środku wakacji. Setki turystów to mało powiedziane. W Bieszczadzkim Parku Narodowym jest ich dziś tysiące.










Ech! Są w końcu moje kochane Wołosate! Pamięć ma kreśli obrazy z okresu młodości, gdy całe tygodnie spędzałem tu, u stóp Tarnicy. Wołosate to była nasza baza wypadowa, przez kilka lat z rzędu. Tu czuję się znów jak u siebie, choć domy już nie te i ludzi maaaaaasa! Cóż, trzeba się z tym pogodzić i uśmiech na twarz przywołać. Pomogło.
- Ba, siostry zakonne, o drogę na Tarnicę pytają!
- He, he! Nieźle chyba wyglądam i zaufanie wzbudzam. A może to tylko ta moja siwa broda i resztka trochę za długich włosów na głowie doświadczonego bieszczadnika, w oczach innych, ze mnie czyni?
- He, he, he!
Nagle przypomniałem sobie piosenkę Wołosatek, choć już z nieco nowszego ich albumu:

https://www.youtube.com/watch?v=uX4elHQRC9g&list=FL2Eli-OdI_GCi819zpamDjQ&index=11











Bieszczadzkie "górki" w całej swej urodzie. Kilka planów, każdy w innym kolorze. Tylko tu możemy liczyć na taką frajdę dla oczu i duszy.












Przełom Sanu, który w tym miejscu "uczynił" skalne urwisko, pionową ścianę długości kilkudziesięciu metrów. Jaka to moc być musiała! I pomyśleć, że dziś tu prawie nie ma wody. Na upartego można by przejść suchą nogą, z kamienia na kamień, na drugi brzeg.
Wije się "nitka" wije.
Czas skrzętnie liczy, pewna swej wielkiej siły. Prośbę o szacunek swej czystości do nas zgłasza. Tylko tyle chce od nas. Z resztą "problemów" sama da sobie radę.

Ostatni rzut oka na panoramę moich Bieszczadów. Łza się w oku kręci. Czyż nie są piękne?
Do kolejnego spotkania.