sobota, 22 stycznia 2022

#Dzień Dziadka...

 


Wczoraj szaleństwo w sieci, z okazji Dnia Babci, a dzisiaj "tyci-tyci", z okazji Dnia Dziadka...

- Gdzie to równouprawnienie?
- No, gdzie?!!!😧🥺😂😂😂
A przecież:
DZIAD(¥)k...😉 🙂
Historycznie, chronologicznie: Ďid, dziad (patriarcha, głowa rodziny; pochodne - dziedzictwo, dziedzina, dziedzic, dziedziniec, dziadowizna jako spadek po dziadzie/dziś dziadku/, dziedzic/ten co dziedziczy po dziadzie czyli dziadku/) i nareszcie Dziadek, Dziadziuś, Dziadunio;
Romantycznie i dziko: Jak u Mickiewicza!
- Ech! Ten nasz język. Trzymajcie się, Dziadkowie! 🙂
A tak zwyczajnie?
Laurka z sercami i namalowaną partią szachów...
- Wygrywają czarne - oczywiście. Nawet od święta i "w laurce" nie może być inaczej!
Dzień Dziadka... 🙂
Żartem...
- A może?
- Pół żartem?
Tylko...
- Że co?
- Że jak?
- Że ja?
- Że dziadek?
- Że moje święto?
- Że życzenia?
- Że od Wnuczki?
- Że...
- Że Niemożliwe!
- Że tylko...
- Że Babcia!
- Że co?
- Że dziadziuś?
- Że kochany?
- Że ulubiony?
- Że prezent?
- Jak dziadziuś...
- Jak kochany, to...
- "Miśki"!
- Kochana Wnusiu! ❤😂❤❤😂😂😂😂🥰😘
- Idziemy po prezent od dziadka...😂
- Z okazji Dnia Dziadka!🎁

czwartek, 20 stycznia 2022

#Chmurzasto...

 


- "Chmurzasto" na Świecie - "enty-andemia"!

😟
- "Chmurzasto" w Europie - wojną grożą!😡
- "Chmurzasto" w Kraju - awantury polityków, drożyzna, strach o jutro i coś tam jeszcze!🥺
- "Chmurzasto" w Starachowicach - służba zdrowia "na łopatkach"!😞
- "Chmurzasto" w ...!☹️
- W Nas "chmurzasto"!😠
Natura też się dostosowała - "chmurzasto"!😏
- Tylko tam na "Górze" panta rhei - szybko płynie!
- U nas - wszystko się wlecze...
- "Chmurzasto"...
- Wiem! Fajniej by było, gdyby lajtowo i z "szybką" nadzieją było.😕
- Niestety! Na optymizm trzeba jeszcze poczekać...
/"Wielgachne" litery celowo użyte! O!😆/
/fotka dziś uczyniona - zalewik; okolice Lipia/

czwartek, 13 stycznia 2022

#Rozgrywka z dinozaurem w tle... Dialogi dziadka z Wnuczką...

 Z serii:



Dialogi dziadka z Wnuczką...
Czyli:
- "Rozgrywka z dinozaurem w tle".
Rozgrywamy kolejną partyjkę szachów.
Niunia "rusza" zapamiętanym gambitem.
Czyni to wręcz popisowo - bez błędu.
Nazywa go "literką M". To taka jej nazwa, bo układ pionów przypomina tę, ale "drukowaną" literkę.
- Nieważne!
Po chwili dziadek "popełnia"😉 fatalny błąd i naraża się na "huraganowy" atak, za sprawą gońca i hetmana; przechodzi do skomplikowanej obrony i - pod nosem - mruczy:
- Ale ze mnie ddddd....dinozaur, stary dinozaur; taki błąd uczynić!
- Dziadziusiu! Co ty opowiadasz!
- Jest zima; rok z trzema dwójkami i jednym zerem, czyli dwa tysiące dwudziesty drugi; mróz za oknem, a ty dinozaura widzisz?
- One wyginęły sześćdziesiąt pięć milionów lat temu!
Postanowiłem "odegrać" się, choć w dywagacjach słownych:
- A dlaczego nie sześćdziesiąt sześć lub siedem milionów lat temu, a może nawet siedemdziesiąt, tylko sześćdziesiąt pięć?
- Mam Cię! Pomyślałem.
Tymczasem Ala wzrok na mnie podniosła; popatrzyła głęboko w me oczy; pomilczała chwilę; po czym rzekła:
- A jakie to ma dla ciebie - dziadziusiu - znaczenie, przecież nawet o milionie lat życia pomarzyć nie możesz; tak daleko pamięcią nie sięgniesz, nawet wyobraźni ci zabraknie, więc zostanę przy swych sześćdziesięciu pięciu, a ty się lepiej skup na szachach, bo za chwilę moja królowa skonsumuje twoją, zawiniętą w ciasto francuskie, z białej (czyli mojej - dziadka) wieży uczynione...
Zatkało mnie definitywnie. Odpuściłem, ale partię jeszcze o trzydzieści minut przedłużyłem i trzy razy (niestety, nie sześćdziesiąt pięć) poważnie Wnuczce przegraną zagroziłem.
Ostatecznie i tak mata "dostałem"...🙃😂
- Ech! Taki "normalny" los dziadka>
- Ale ja się "odgryzę"! Obiecuję!
PS - Swoją drogą, milion lat w tą, czy w tamtą, jakie to ma dla nas znaczenie, wszak o "zwykłą setkę" tak nam trudno.🙁🙁🙁
Pozdrawiam serdecznie i ciepło...
/wszelkie "dziwadła" językowe - jak zwykle - celowe, zamierzone, świadomie uczynione - i koniec!/

środa, 5 stycznia 2022

#Jestem facet... #Dialogi dziadka z Wnuczką...

 Z serii:

Dialogi dziadka z Wnuczką...



Jestem facet...
Ani mikro, ani makro...
Taki sobie facet...
Trochę nijaki...
Ale facet i...
Może dlatego...
Dostaję od Wnuczki...
Zaproszenie na...
Wspólną degustację...
Lodów...
Lodów śmietankowo-truskawkowych!
Ona wie!
To moje...
Ulubione, więc...
Nie mogę odmówić!
Nawet gdyby były...
Kakaowe...
I tak bym nie odmówił.
O!
Niunia zajmuje się ich "produkcją", a ja cierpliwie czekam, choć próbuję zajrzeć przez maleńkie ramię...
Małe paluszki sprawnie "kuleczkują" masę śmietankową i owocową.
Dostaję komunikat:
- Nie zaglądaj do "lodziarni"! Zabronione!
- Gotowe dostarczy ci kelnerka!
- Ok! Grzecznie poczekam.
- Jest! A właściwie - są!
Doczekałem się. Dość sprawnie to poszło.
Sama "producentka" mnie obsługuje; taki zaszczyt mi przypadł w udziale, tylko...
- Jak je należycie spożyć?
- Wszak nawet dawne pączki u A . Bliklego, to były potwory wobec lodów mojej Wnuczki! O!
- Jam jest facet; poradzić sobie muszę!
Swoją drogą, spróbujcie wykonać taką śliczną, kolorową "mikroskopię"...
Życzę powodzenia...😉
Pozdrawia Was dziadek - lodami śmietankowo-truskawkowymi pożywiony😃🍦.
- A, co!
/wszelkie "dziwadła" językowe celowe, zamierzone, świadomie uczynione - i koniec!/
PS Ten patyczek to malutka "wykałaczka", a pierwsza fotka na opuszku palca uczyniona😁.



wtorek, 4 stycznia 2022

#Do siego roku...

 Nota bene...



Do Siego Roku...
- Nie, nie, nie
Wolę i muszę...
- Do siego roku.
Właściwie, to...
- Do tego, do owego.
- Do następnego - już jest trochę naciągane, ale...
- Do przyjęcia, z racji uzusu.
Tylko wciąż nie są to życzenia, chyba że w znaczeniu:
- Chcę się z Tobą spotkać w następnym roku.
Przez wiele lat zwrot używano, drukowano, przesyłano, aż nabrał nowego, bliżej nieokreślonego "podtekstu", na pograniczu:
- Życzę Ci bogatego, pełnego, "sutego" w dobro, itp. ...
Oczywiście, jego naturalne znaczenie wciąż pozostało niezmienne.
W osiemnastym wieku, w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia, pradziad, dzieląc się opłatkiem, mówił do swojej rodziny:
- „Ażeby Bóg dozwolił doczekać do siego roku”.
Czyli następnego.
Później, gdzieś, ktoś, kiedyś - bliżej wieku dwudziestego - "przestawił" czas tych "życzeń" na Sylwestra i Nowy Rok, zatracając realne znaczenie związku frazeologicznego.
Dziś czuję, że zwrot ten ulega powolnemu "zagubieniu".
- Może szkoda, a może nie...
Tym samym:
- Zdrowia, szczęścia i radości na ten Nowy Rok!
- Acz, koniecznie też...
- Do siego roku!🥳😃

# Nowy do Starego...

 


Zbliża się Nowy do Starego i myśli sobie:

- Najchętniej to bym mu porządnie "nawtykał", tak solidnie "raz po raz", ze trzysta sześćdziesiąt pięć klapsów, nie tylko na cztery litery!
- A może nawet i sześć - na wszelki wypadek?
- Narozrabiał Stary Dziad niesamowicie, na wszelkich możliwych płaszczyznach; aż strach pomyśleć, a wyliczyć i zliczyć, to już się nawet tego nie da!
- Jak ja biedny poradzę?
- Siedzi teraz zgrzybiały i ledwie dyszy; śpi już prawie; ani myśli zabrać ze sobą choć trochę tego bałaganu; ma już wszystko w nosie.
- Kiedy zdołam posprzątać?
- Ani odrobiny empatii, ani kropli wyrozumiałości dla Młodego i "podwładnych" jego!
- Stetryczały, ale pod nosem ironicznie uśmiechać się jeszcze potrafi! Taki z niego "antychryst", despota i tyran po trosze, a może wręcz po staremu - "potrosze" - już cię nie znoszę!
Siadł sobie Nowy na śniegu; pupa mu trochę "moknie" i chłodem "ściska". Myśli ciężko mu zebrać do "kupy", ale jedna dość jasna go ciągle ściga:
- Może by zmykać stąd szybko, póki jeszcze można "gdzie pieprz rośnie" i "kawa ciągle brązowa"... Tak na koniec świata - prawie...
Tylko władzy mu trochę szkoda...
- Trochę szkoda?
- Bardzo szkoda!
Refleksja go naszła genialna!
- Co mi tam! Postaram się, jak ten Stary, szybko nauczyć tyranii i despotyzmu, a może też - z tego co słyszałem, ostatnio bardzo modnego - tumiwisizmu...
Tylko dlaczego zewsząd płyną słowa:
- Zdrowia, szczęścia i radości na ten Nowy Rok!
- Nowy?!
Rozgląda się wokół siebie. Patrzy też w lusterko...
- E! To nie do mnie!

środa, 29 grudnia 2021

#"Dialogi dziadka z Wnuczką." Poświątecznie...

 

Z serii...
"Dialogi dziadka z Wnuczką."
Poświątecznie...
Przychodzi moja Wnusia w odwiedziny do dziadka i od drzwi komunikuje:
- Nareszcie wiem kim będę, jak dorosnę!
- ??????????????????
- Kim, Kochanie?
- Będę uznaną pisarką dla dzieci. Będę pisać książki o życiu i zwyczajach sfory szarych wilków, ich brązowych przyjaciół, z wilkiem w pantalonach na czele.
- Czasem będzie ich odwiedzał także wilk w szaliku.
- Na podstawie moich bajek, z życia stada wziętych, fajny reżyser nakręci film i będą go wyświetlać codziennie w Heliosie o godzinie dwudziestej.
- O! O! O! Ale dlaczego tak późno?
- Bo najlepsze bajki zawsze przed snem się wyświetla; nie wiedziałeś o tym, dziadziusiu?
...I potoczyła się swobodnie opowieść o wspaniałej kochającej się wilczej rodzinie i ich przyjaciołach, o zabawach w ogrodzie, o pięknej leśnej polanie, o torcie na urodziny mamy-wilczycy, o kontuzji małego wilczka, który nie chce iść do lekarza, a ma
uszkodzoną kostkę, o barwach jego twarzy - od szarości, po purpurę, a nawet po kolor niebieski - ze strachu, o całkowitej utracie koloru sierści - przez stres, spowodowany ciągłym, głośnym nawoływaniem, czynionym przez tatę-wilka, i jeszcze, i jeszcze...
- A wszystko to, błyskawicznie utrwalone "stosikiem" kolorowych rysunków, z których piękna książeczka, a właściwie, rzeczywisty komiks już powstaje... Tylko introligatorsko "oprawić" go jeszcze trzeba.
Gdy praca twórcza zbliża się ku końcowi, nieświadom zagrożenia, dygresją zaczepiam...
- Ty, Alu, z narratorem się - oczywiście - utożsamiasz?
- No wiesz! Co ci przyszło do głowy!
- Jam ci królem wilków jest! (to nie interpretacja dziadka, to cytat dosłowny)
- Ale przyjaźnisz się ze wszystkimi?
- Nie, ja o nich dbam, więc o przyjaźń trudno.
Fakt! Pomyślałem sobie; he, he!
- Jakie to szczere i naturalne! Znów! He, he!
- Lecz z królową-wilczycą, to już przyjaźń trwa zapewne?
Brnę dalej w ślepy zaułek, "rzeczy" nieświadom!
- A ja się już z nią nie przyjaźnię; od czterech lat.
- Dlaczego? Pokłóciliście się?
- Nie. Pobraliśmy się. Jesteśmy po ślubie z wilczycą.
Na takie dictum "złapała" mnie przyducha.
- To po ślubie nie można się przyjaźnić?
- Nie. Przed ślubem, to jest przyjemność (ostrzegam - nie czynić "dorosłej" nadinterpretacji😄), a po ślubie, to obowiązek. Przyjaźń nie może być obowiązkiem!
Co by to nie miało znaczyć, to jakby tak się dobrze zastanowić...
- Coś w tym jest z niepisanej prawdy - chyba; he, he.
Po chwili:
- Dziadziusiu!
- Teraz będziemy bawić się w naszym królewskim ogrodzie.
- Strażników nam nie trzeba, bo wszyscy nas tu lubią.
- Wszyscy muszą mi się kłaniać. Oprócz mojej wilczycy i moich czterech wilczków. Wszyscy, oprócz mojego stada.
Kurcze! Znów strasznie trafne i na czasie! Hi, ha, ho...
- Wszyscy mnie lubią, ale muszą mi się kłaniać. Oprócz mojej wilczycy i moich czterech wilczków. Wszyscy, oprócz mojego stada.
I tak to, przeszliśmy od bajki, do zabawy w uroczym "realu".
- Zostałem wilkiem w "szaliku niebieskim"!
- Ot! Zaszczytna to rola!
- Czy ma ktoś wątpliwości "w sprawie"?
- Jeśli tak, to z wyjaśnieniami i pytaniami do Autorki opowieści "odsyłam". Ot, co!
/wszystkie i, lecz, ale, im podobne na początku zdania, dziwne znaki interpunkcyjne - dziwnie "umieszczone" i wszelkie inne dziwadła językowe celowe, zamierzone, świadomie uczynione - i koniec!/😄

piątek, 24 grudnia 2021

#Wigilii moich kilka... Druga połowa lat siedemdziesiątych XX w.

 Wigilii moich kilka...



W porządku całkiem...
Niechronologicznym.
Tym razem...
Druga połowa lat siedemdziesiątych XX w.
Podczas czynienia potraw wigilijnych...
Przypomniałem sobie "scenę" sprzed lat czterdziestu i kilku.
- Ilu?!
- Boże! Tak! Sprzed lat czterdziestu z "nawiązką"!
Wracałem ze studiów w przed-przeddzień Wigilii Świąt Bożego Narodzenia.
Wjechaliśmy w granice mego rodzinnego miasta.
Przez okno słynnego niebieskiego "ogórka", na skrzyżowaniu ulic, przy zbiorniku Pasternik, dostrzegam postawnego mężczyznę, przyjaciela moich Rodziców, pana Mariana. Ubrany w drelichowy, podgumowany płaszcz, dźwiga dwa ogromne wiadra, a właściwie pudła, przykryte od góry, charakterystycznie uniesionym brezentem.
Zaiskrzyło w mej łepetynie.
Te kilkunastolitrowe zbiorniki po farbie do malowania kabin naszych Starów miało wtedy pół miasta. Służyły do różnych celów, ale szczególnie cenione były jako "kosze" na grzyby. Jadąc na grzybobranie do Rakowa, za punkt honoru stawiano sobie, by te właśnie pudła zabierać ze sobą, a nie żadne inne torby, czy koszyki.
Dlaczego?
- Ano dlatego, że były bardzo pojemne, a grzybów tam wtedy było dostatek; oj, dostatek. Miały powlekane, antykorozyjne wnętrze. Były dość cienkościenne, czyli lekkie. Uzbrojone w sztywny pałąk- rączkę i to na centralnej części "powleczony" jeszcze kawałkiem plastikowej rurki. W drodze "na grzyby" służyły jako pojemniki na kanapki, termos, kawałek kiełbasy (bardzo ważne) i coś tam jeszcze...
Wysiadłem z autobusu na przystanku "na żądanie" - był wtedy taki, jeszcze przed mostem, na wprost kamienicy mojej koleżanki Julity - i biegnę za panem Marianem.
Dopadłem go prawie przed jego domem.
- Był pan w Rakowie, prawda?
- Tak, oczywiście...
Zdejmuje brezent i pokazuje mi dwa pełne "wiadra" zielonek i szarych - przepraszam - niekształtnych.
Zapada zmrok 22.12... Czterdzieści trzy lata temu...
Idę do domu i główkuję...
- Jak tu przekonać Mamę, że Wigilia dopiero pojutrze, więc jutro można by jeszcze skoczyć na gąski - do Rakowa.
- A jakie pierogi byłyby super, ze świeżych grzybków. Czyż nie?
Wiem, że chce się nacieszyć moim pobytem w domu, ale przecież dopiero idą święta, przed nami kilka dni wspólnego "kolędowania". - Na razie nic nie powiem, że zaraz po świętach "zmykam" z domu. Wiadomo dlaczego, prawda?
Miałem szczęście, u Rodziców zastałem Brata. Szybciutko opowiedziałem mu o spotkaniu z panem Marianem.
Natychmiast "zaskoczył".
- Jeśli tak to jutro jedziemy!
Znakomicie! Brat ma "podwodę", więc koniec problemów z transportem. Nie będziemy gonić na fabryczną "stonkę".
Mama tylko groźnie zmierzyła nas wzrokiem, ale wiedziała, że z duetem synowskim nie wygra.
Poranny przymrozek wcale nam nie przeszkadza.
Zielonki "zmrożone", niczym kamyki, stukają o dno wiaderka.
- Niech sobie stukają, byle były kolejne i kolejne...
O dziwo, szybciutko "nacięliśmy" po wiaderku.
Szybciutko do domu...
- Niech rozmarzną, bo trzeba je jeszcze "oporządzić", by...
- Barszczykiem i pierożkami wigilijnymi się stały!
Jeden, jedyny raz, w Dzień Wigilijny, zajadaliśmy się potrawami ze świeżych grzybów. Przepyszne były...
Radosnemu kolędowaniu zacnie służyły...
"Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi:
wstańcie, pasterze – Bóg się wam rodzi!
Czem prędzej się wybierajcie,...

#Wigilii moich kilka... Druga połowa lat osiemdziesiątych XX w.

 Wigilii moich kilka...



W porządku całkiem...
Niechronologicznym.
Druga połowa lat osiemdziesiątych XX w.
Czasem w Wigilię ciężko też bywało...
Idą święta!
Czas radosny, szczęśliwy, rodzinnego ducha pełen...
Ostatnie życzenia w pracy.
- "Miśków" parę!
- Jakie tam parę?
- Parędziesiąt!
Wcześniej spacer "po pokojach".
Wszędzie śledzik, ciasto i...
- Opłatek...
"Wszyscy wszystkim ślą życzenia"...
Jeszcze rzut oka na biurko, na regały...
- Ślicznie te stroiki świąteczne wyglądają.
- Sporo ich jest, tylko...
- Nieważne, święta, to święta i już!
- Miły to czas.
Teczka pod pachę i prędziutko do "malucha".
Silnik fiacika zabrzęczał. Lekko całym "pudełkiem" kolibnęło i 126p ruszył ku domowym pieleszom...
Choinkę już wczoraj wieczorem "oprawiłem", lampki powiesiłem; dziewczyny resztę ozdób same uczynią (zapewne już uczyniły).
Ledwie wszedłem do mieszkania, a tu już warczy telefon (stacjonarny - oczywiście - o komórkach nikt jeszcze nie słyszał, acz już zamierzały, lada chwila, zapukać do drzwi naszych, pierwsze "cegły").
Grdyka mi do gardła podeszła.
- To nie życzenia; "musi", coś się wydarzyło...
- Do diaska!
Dyżurny z pracy (tak, tak byli takowi) melduje:
- Szefie! Jest pan potrzebny, mamy poważną awarię!
- Gdzie? Co? O co chodzi?
- Z wodociągów zgłaszają. Coś bardzo poważnego.
Odłożyłem słuchawkę. Znów "łobuz rechocze".
To Kazimierz - techniczny z "filtrów". Bardzo go lubię; znakomity fachowiec; chodząca "encyklopedia" wodnej sieci miejskiej, wie więcej niż dokumenty pokazują, a przy tym...
- Wspaniały, ciepły, życzliwy wszystkim człowiek.
- Krzyś! Jestem "na" Trębowcu. Przyjedź. Możesz być potrzebny. Mamy bardzo poważną awarię na "przepompowni". Jest zagrożenie, że nie podamy wody przez święta dla całego miasta. Przysłać samochód?
- Nie dziękuję. Doczłapię się jakoś moim "bzykiem".
- Pamiętaj, za miastem jest bardzo ślisko. Czekamy.
- Już wyjeżdżam.
Ja to mam pecha! Główny i właściwy "resortem" już od kilku dni na urlopach, a ja...
- Wiadomo! Najmłodszy!
- Nie użalaj się nad sobą! Do roboty i już!
- Z drugiej strony, z Kazimierzem lubię współpracować.
Na miejscu już pełno sprzętu.
Komora otwarta, a w niej pełno wody. Pracują pompy zasilane agregatem. Elektrycy próbują wpiąć się w sieć; trzeba doświetlić miejsce awarii. Trzy zespoły pracownicze czekają w pogotowiu.
Dyrektor zdaje mi relację:
- Pękła obudowa. Nic nie da się zrobić. Musimy całkowicie odciąć przepływ. Zespół do wymiany. Problem polega na tym, że nie mamy zapasowego. To nie powinno się wydarzyć. Mamy wszystko z środka, ale obudowy nie.
- Rozumiem, że już zasilamy miasto ze zbiorników rezerwowych?
- Tak.
- Czyli ciśnienie wody już spada?
- Tak. Dwie, trzy godziny i w wyższych partiach miasta będzie już czuć "ubytki".
- Co robisz?
- Ściągam dodatkowe cysterny od sąsiadów ze Skarżyska i Ostrowca. Rozstawimy je w widocznych punktach.
- Dorzucimy kilka z fabryki. Mamy tu gdzieś w pobliżu telefon?
- Tak w budynku socjalno-dyspozytorskim. O, tam.
- Chodźmy. Trzeba też powiadomić mieszkańców. Najgorsze, że to już święta. Muszą zadziałać administracje, straż i pozostałe służby. Objazd miasta; informacja o lokalizacji cystern z wodą (dziś takie to proste, sms-sik i już, a wtedy, ech).
- Ile mamy czasu? Dwanaście godzin pojedziemy na zbiornikach?
- Nie, jeszcze tylko z dziewięć. Ludzie będę czynić zapasy.
- Oby tylko mróz się nie nasilił.
- Masz rację. Wtedy musielibyśmy szybko opróżniać cysterny; a i droga od sąsiadów może być problemem.
- Póki co, mamy przygotowane maty, na "trochę" pomogą.
- Oby nie było takiej potrzeby...
Telefon, telefon, telefon za telefonem...
Służby zaczynają meldować o podjęciu "przynależnych" działań.
Wracamy na miejsce awarii. Zespoły, próbujące zdemontować uszkodzone urządzenie, zmieniają się co piętnaście, dwadzieścia minut. Pracują po kolana w wodzie, przy kilkustopniowym mrozie. Po wyjściu z komory biegną do budynku socjalnego. Tam pół godziny na rozgrzewkę i znów "do wody".
- Tak w kolusio, kolusieńko...
Kazimierz myśli, skąd by tu zdobyć nową obudowę. Przypomniał sobie, że w Poznaniu mają podobne. Trzeba dzwonić. Tylko to noc - przecie i święta.
Jedziemy do mnie, do pracy, do urzędu. Będzie łatwiej "w świat" wydzwaniać.
Zabezpieczamy ciepłe posiłki dla pracujących w Trębowcu. PSS musi się spisać. Trudno, ktoś musi pracować, by świętować mógł ktoś. Dziwnie brzmi ta "oklepana" myśl, ale prawdziwie - niestety.
Po godzinie prezes melduje, że napełnione termosy już wyjeżdżają; chleb, cukier, herbata też. Ba! Nawet kawa!
- Uf! Dobrze.
Odzywa się, z Poznania, kolega mojego Kazia! Mundurowi go obudzili. Musiał czuć się z pyszna, jak zobaczył ich za drzwiami.
Ma dla nas bardzo dobrą informację. Ma kompletne urządzenie o tych parametrach i symbolu. Gadają sobie obaj fachowym językiem. Niewiele z tego rozumiem, ale bardzo się cieszę, że mój dyrektor podnosi kciuk do góry:
- Wszystko ok! Jest!
- Mój ty Specu kochany, jak dobrze, że jesteś.
Teraz tylko musimy uzgodnić, jak to zorganizować, by ciężka, bardzo ciężka "machina", jak najszybciej znalazła się w Starachowicach...
Najlepiej by było, gdyby wyjechała z Poznania ich samochodem i to już...
Miły człowiek ze stolicy Wielkopolski akceptuje takie rozwiązanie, tylko prosi o pomoc w "załatwieniu" dźwigu do załadunku "detaliku"; nie mają własnego w dobrym stanie...
- Wszak to przecież już święta!
- Ok, coś wymyślę.
Mam! Jeden z dyrektorów FSC też już nie pośpi. Nawet wiem który.
Chwalił się, że ma znajomych w Poznaniu...
Trochę pomarudził, znów "że święta", ale "samojezdnego" u kolegi załatwił.
Już widno. Poranek.
W mieście zaczyna brakować wody. Uzupełniamy o cysterny na przyczepach ciągnikowych.
Czas się bardzo dłuży.
Rupieć już zdemontowany. Czekamy na "prezent" z Poznania. Jeszcze kilka godzin - zapewne...
Łapiemy drzemkę w fotelach.
Budzi nas dyżurny. Poznaniak podjechał...
Przed północą woda "poszła w miasto".
- Uf!
Czas na Pasterkę...
"Cicha noc, święta noc
Pokój niesie ludziom wszem..."